Sebile 1
Początek sierpnia 2009 obdarzył nas piękną słoneczną pogodą, żar każdego dnia lał się nieba czasami utrudniając pracę i normalne funkcjonowanie. Ponieważ na co dzień zajmuję wykończeniem wnętrz oraz elewacji budynków a niejednokrotnie zdarza się pokryć dach papą termozgrzewalną dlatego dobra pogoda ma istotne znaczenie lecz tym razem człowiek myślał tylko o malowniczych krajobrazach naszej pięknej Polskiej przyrody, o tafli wody odbijającej promienie słoneczne, o odrobinie cienia i zastawionych przed sobą wędkach w których świecą żyłki naprężone jak struny w gitarze.
Ustaliliśmy wraz z moim bratem że zamykamy pewien etap robót i uciekamy na szybki urlop tym bardziej że małżonka moja miała ten zaszczyt i przebywała na urlopie wypoczynkowym, nic tylko zaplanować miejsce pobytu spakować niezbędne graty i ruszyć w drogę.

Na wszystkie przygotowania mieliśmy trzy dni w których to jeszcze wraz z bratem w pocie czoła zamykaliśmy bardzo istotny etap robót.

W miedzy czasie kontaktowałem się z różnymi użytkownikami portali wędkarskich dzięki którym mogłem dowiedzieć się coś więcej na temat wybranych prze zemnie miejsc w których planowaliśmy spędzić nasz urlop, padło na Zbiornik Domaniów.

Nie będę teraz opisywał walorów tego Zbiornika zapraszając do materiałów kolegi Pawła który na tym portalu opisał ten zbiornik w szczegółach, tak czy owak na nas wywołał bardzo pozytywne wrażenie choć kilka negatywów byłbym w stanie wymienić.

Otrzymałem szczegółowe instrukcję od Pewnego kolegi Mariusza z Radomia włącznie z odręcznie zrobioną mapką, dzięki temu na miejsce trafiliśmy bezbłędnie. Mieliśmy początkowo bardzo poważny problem ze znalezieniem wolnego miejsca lecz po chwili sytuacja się zmieniła i przystąpiliśmy do utworzenia naszego „obozu” w którym mieliśmy spędzić siedem dni wolnych od wszelkich zmartwień i pracy, przynajmniej wtedy tak nam się wydawało.

Obóz urządzony wraz z miejscem na kuchnię pod tak zawartym dachem, do którego wykorzystaliśmy brata kombiaka, dwa teleskopy malarskie, trochę linki oraz plandekę. Mogliśmy przystąpić do przygotowywania łowiska szykowania niezbędnych sprzętów oraz uzbrajania wędzisk.

Przygotowaliśmy zanętę ze wszelkimi dodatkami kierując się chęcią złowienia karpia bo głównie po to pojechaliśmy i wypłynęliśmy naszym pontonem celem zanęcenia wybranego fragmentu łowiska w którym ustawiliśmy marker.

Popływaliśmy sobie jeszcze troszkę po zbiorniku podziwiając widoki odwiedzając przy okazji kolegę Mariusza oraz jego żonę którzy swój obóz rozbili jakiś kilometr od nas, gdzie wymieniliśmy się uprzejmościami i trochę porozmawialiśmy na tematy które nas kręcą najbardziej…. Ryby!

Po powrocie zarzuciliśmy nasze zestawy i przystąpiliśmy do degustacji piwa które już na nas czekało w naszej turystycznej lodówce.

Tak powoli mijał pierwszy dzień naszego pobytu co jakiś czas okraszony średniej wielkości  leszczem, stwierdziliśmy że ten problem ławicy leszczy w naszej zanęcie rozwiążemy na drugi dzień. Popijaliśmy sobie piwko delektując się jego smakiem podziwiając piękną polską przyrodę co jakiś wyrywani z zamyślenia przepływającą jakąś panną która wyczyniała akrobację na nartach wodnych robiąc przy tym duże fale i śmialiśmy się z unikalnych min facetów owych panien którzy z dumną miną prowadzili swe łodzie motorowe napinając przy tym nasterydowane muskuły.

Nastał wieczór, słońce powoli mówiło dobranoc udając się na zasłużony odpoczynek dając już porządnie wyprażonym wędkarzom wreszcie odrobinę spokoju. Zrobiło się cicho i przyjemnie, wreszcie nastała godzina w której obowiązywał zakaz poruszania się po zbiorniku wszelkimi jednostkami pływającymi zaś w oddali słychać było tylko głosy koczujących  podobnie do nas sąsiadów, szczekanie jakiegoś psa z pobliskiego gospodarstwa i cichy szept płynący z naszego tranzystorowego radia.

Za takie chwilę oddał bym pieniądze całego świata, radość moja była przeogromna że mogłem wreszcie przyjechać na wymarzony od kilku lat krótki ale jednak urlop,

Zagadnąłem do brata „przydało by się przerzucić nasze patyki” „ano by się przydało” odpowiedział brat wyrwany ze swej zadumy.  Rozejrzałem się dookoła i zauważyłem że nad Piotrkowem Trybunalskim oddalonym od nas jakieś 100 km nadciągnęły strasznie ciemne chmury. Wyglądało to tak jakby piekielne moce chciały zagarnąć cały Piotrków tylko dla siebie, co jakiś czas te czarne kłębiące się chmury przerywał czerwono-biały ognisty i poszarpany piorun niosąc swój huk aż do nas jakby oznajmiał „Do was tez przyjdę!”

Wraz z bratem przez dłuższy czas patrzyliśmy w stronę Piotrkowa Trybunalskiego z jednej strony podziwiając potęgę takiego zjawiska a z drugiej strony nie darząc go sympatią myśleliśmy co też powiedziałem głośno „aby u nas tak nie było” „spoko do nas na pewno nie dojdzie, idzie w druga stronę” odpowiedział mój brat i przystąpiliśmy do przerzucenia naszych zestawów.

Moja ukochana małżonka miedzy innymi adeptka wędki zrobiła smaczną jak się za chwilkę okazało obiado-kolacyjkę na którą niezwłocznie się udaliśmy, przez cały czas obserwowałem tocząca się burzę nad Piotrkowem, byłem za tym żeby na wszelki wypadek zabezpieczyć nasz obóz w sposób jak najbardziej możliwy.

Minęła około godzina kiedy podszedł do nas jeden z wędkarzy wypoczywający na tej samej części zbiornika co i my, który czynem charytatywnym informował kogo tylko się dało że z Kielc i Siedlec nadciągają w naszym kierunku burze oraz że nie wykluczone by uniknąć również i wizyty tej z nad Piotrkowa.

Z barwy głosu owego wędkarza wywnioskować było można że jest śmiertelnie poważny i nie zamierza żartować tylko jak to się ma do rzeczywistości?

Przez cały dzień słońce paliło równie mocno jak i dnia poprzedniego, niebo bez najmniejszej chmurki która by choć na chwilę przysłoniła lejący się żar z nieba na nasze wybielone ciała podwarszawskich mieszczuchów. Cóż może nam grozić, jaka burza? Jeszcze trzy burze na raz?
Była godzina mniej więcej dziewiętnasta gdy zaczął delikatnie lecz wyczuwalnie wiać wiaterek, rozpoczęliśmy już nie profilaktyczną lecz pełną i zmasowaną akcję zabezpieczenia naszego obozu, wiatr przybierał na sile coraz mocniej, niebo poszarzało, swoimi warstwami szarości zakrywając zachodzące słoneczko. Na szczęście mieliśmy już za sobą czynności związane z zabezpieczaniem polowej kuchni, samochodów i namiotu. Pozostało tyko podjąć decyzję czy koczujemy w namiocie czy w samochodach, zgadnijcie na co padło?

Wiatr przybierał coraz bardziej na sile wędkarze którzy nie uwierzyli w „przepowiednie wędkarza informatora’ którego przy okazji gorąco pozdrawiam biegali jak w ukropie zabezpieczając co się dało, co chwilę ktoś gdzieś wołał  „alo, nie macie jakiegoś sznurka”

Sadząc że ta burza nie będzie trwała wiecznie postanowiliśmy nie zwijać wędzisk tylko pozostawić je zastawione w wodzie, z pięknego błękitnego nieba po którym sporadycznie przesunął się jakiś bałwanek białego obłoku jak owieczka na pastwisku niebo zmieniło się w coś co wyglądało jak koniec świata i nie wróżyło nic dobrego.

Zrobiło się ciemno prawie jak w nocy, wiatr wiał straszliwie w oddali wyginając wierzchołki sosnowo brzozowego lasu aż do samej ziemi, pioruny trzaskały na prawo i lewo prawie z każdej ze stron, umilkły wszystkie ptaki, żaby natychmiast zakończyły swój rechot, nawet pies z oddalanego gospodarstwa nie zaszczekał już ani razu.

Takiej nawałnicy będąc całkowicie na zewnątrz zdany na to co mam, jeszcze nie widziałem.

Pierwsze krople wielkości dzikiego winogrona uderzyły o ziemię unosząc obłok kurzu z wysuszonej przez słońce glebę, padało coraz bardziej wiatr smagał twarz coraz mocniej nastał czas ewakuacji, padło na namiot do którego weszliśmy zamykając go za sobą szczelnie na suwaki.

Po chwili zmuszeni byliśmy do trzymania za stelaż nasz czteroosobowy namiocik, mieliśmy wrażenie że uniesiemy się wraz z nim do nieba.

Przestało padać, tak nagle jakby zupełnie nic się nie stało. Brat na chwilę wyszedł z namiotu rozejrzeć się w sytuacji wrócił po chwili i opowiedział  że w obozie obok słyszał że maja jakiś problem poszedł tam i okazało się w dwóch namiotach popękały stelaże zaś nad nami wisi coś w postaci wojny pomiędzy burzami które mocują się ze sobą posyłając co chwilę ku ziemi jasny rażący piorun i że nie wygląda to zbyt ciekawie, istnieje ryzyko że sytuacja się powtórzy. Te słowa o tych popękanych stelażach sąsiadów oraz że to jeszcze nie koniec nie napawały mnie wielkim optymizmem, moja małżonka leżąc na materacu przez cały czas trzymała mnie za rękę podskakując ze strachu przy dosłownie każdym uderzeniu pioruna zakończonym donośnym akustycznym grzmotem że bębenki w uszach ledwo to wytrzymywały.

Nie czekaliśmy dugo na część drugą występów trzech dowcipnych burz, ta powtórka pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo, namiot targany wiatrem będący na elastycznych stelażach poddawał się jak mógł najlepiej prze naporem wiatru problem był tylko z tym że wodoodporna powłoka która w tym modelu namiotu jest dość solidna zaczęła nam przepuszczać wodę.

Leżąc na materacach trzymając stelaż namiotu niemiłosiernie targanego wiatrem systematycznie otrzymywaliśmy solidną dawkę wody, kapało nam dosłownie wszędzie na głowę nogi i na co się tylko dało. Po jakimś czasie tej nawałnicy deszcz padał już o wiele mniejszy, wiatr wiał zdecydowanie słabiej zaś dźwięk piorunów był jakby mniej donośny, nie wiem co się stało lecz z relacji mieszkańców naszego namiotu wywnioskować mogłem że będąc w pozycji trzymającej stelaż namiotu zwyczajnie usnąłem.

Wstałem rano słońce ledwo co przebijało się przez poszycie namiotu jakby świeciło lecz jakoś tak dziwnie, wyszedłem na zewnątrz.

To co zobaczyłem spowodowało że osłupiałem, intensywny opad deszczu spowodował płynące potoki wody. Wokół naszych samochodów i namiotu mieliśmy coś w rodzaju kanału szerokości około jednego metra tak na styl fosy którego zakończenie było pośrodku naszego łowiska.

Mgła jaka mnie przywitała była pierwszą taką jaką w życiu widziałem, widoczność do dwóch metrów, słońce ledwo przebijało się przez tę blokadę pary wodnej.

Koloru była mleczno białego, krople wody wiszące na czym tylko się dało były wielkości bardzo dorodnej maliny gęsto usiane obok siebie, czasza namiotu wyglądem przypomniała nawoskowaną i polaną wodą karoserię samochodu utrzymując na sobie mieniące się wielkie krople wody.

Powoli doszedłem do wędek nie widząc jednak ich szczytówek choć wędziska są zaledwie długości 3,90 metra, mgła otaczała wszystko blokując jakiekolwiek optyczne możliwości rozeznania się w sytuacji, po kilku godzinach tak około dziesiątej przed południem intensywnie zaczęła odparowywać ukazując obrazek jaki pamiętam z dnia poprzedniego jednak z małymi zmianami.

Z relacji zebranych od wędkarzy dowiedziałem się że klika namiotów zostało zniszczonych a ludzie uciekali do swoich samochodów zostawiając w namiotach wszystko co mieli. Zaginął też piesek rasy York jednych Państwa, lecz na szczęście przed wieczorem został odnaleziony w Wólce Domaniowskiej oddalonej spory kawałem od Zbiornika Domaniów.

My na całe szczęście uszliśmy cało z tej imprezy trzech burz, z czego się bardzo cieszę lecz wspomnienia pozostaną oraz wielki szacunek dla nagłych zjawisk przyrodniczych, natura tyle co piękna i tyle niebezpieczna.

burza

Nie masz uprawnień do komentowania. Zaloguj się