Penn Slammer III
Za oknem jest już bielutko. Drzewa pokryte są miękkim puchem, a drogowcy znowu bezradnie rozkładają ręce. W marketach zaczynają się promocje, a pasaże patrolują dziewczyny w strojach aniołków. Brakuje tylko wrzeszczącego dzieciaka, którego rodzice zostawili samego w domu... To oznaki nadchodzących świąt. Chociaż zapewne wielu z Was nie odpuszcza i próbuje sił na lodzie, dla mnie jest to zakończenie sezonu. Czas na refleksję i wspomnienia.

1

Wiosna nadciąga, widać to i słychać, a nawet czuć. Lód zaczyna odpuszczać, zaczyna robić się zielono, to świetna okazja na wędkarski wypad.
Razem z kolegą udajemy się na wolny od lodu kanał, on wybiera stacjonarne łowienie siedmiometrowym batem, ja aktywne poszukiwanie ryb z odległościówką w ręku.
Gdy pierwsze kule zanęty lądują w wodzie, rzucam ospałe „połamania” i znikam w kniejach. Czterometrowa wędka bez przerwy haczy o zarośla, co chwila muszę wyciągać spławik z gałęzi. Udaje mi się dojść na moje miejsce, ale nie śpieszę się. Obserwuje okolicę i cieszę się widokiem budzącej się do życia przyrody.
Patrząc w prawo, dostrzegam ciemną plamę.

” Ki czort?” Ku mujemu zdziwieniu to... ławica ryb. Wszystkie gatunki – wzdręgi, jazie, karpie i okonie, cały przekrój wiekowy!
Stoją niemal w bezruchu, delektując się promieniami słońca. Nie dziwię im się. Pół gramowy spławik typu stick ląduje nad głowami ryb, powodując wśród nich panikę.
Uciekają w popłochu, a ja uderzam głową o brzozę. Co ona mi zawiniła? Nie wiem. Podchodząc do kolegi, który zorganizował sobie stanowisko godne prawdziwego wyczynowca, widzę wielkie kule zanętyzalegające na dnie.

Na tle jasnego słupa zanętowego wyraźnie dostrzegam baraszkujące niewielkie rybki.Na pytanie o efekty, odpowiada oziębłym „A idź! Tu nie ma ryb!”.
Pewnie, żyj w błogiej nieświadomości, przynajmniej będziesz mógł dzisiaj zasnąć, ja nie. Kolejna wyprawa z cyklu „słabo bioro”? Bynajmniej. Dla mnie to lekcja pokory, ale i sygnał do... wyciągnięcia muchówki.

To właśnie tej metodzie poświęciłem sporą część minionego sezonu. Muszę się przyznać, że plan muchowy na rok 2012 zrealizowałem w 99%. Pierwsza ryba na
własnoręcznie wykonaną muchę otworzyła worek z efektami. Jazie, wzdręgi na rzeczkach, kanałach i wodzie stojącej.
Zabrakło tylko klasycznego muszkarstwa – brodząc w krystalicznie czystej wodzie i polując z sucharkiem na potoka... Szkoda, ale od czego jest rok 2013?

Pogoda nie rozpieszcza, niebo zaciągnięte stalowoszarymi chmurami, do tego ciśnienie jakieś dziwne. Jestem senny i nienaturalnie zmęczony.
Jedyną motywacją są wczorajsze dwa garbusy ocierające się o normy medalowe. I to wystarczy.
Jak będzie dzisiaj?
Pierwszym sukcesem jest namówienie taty na wspólny wypad. Pożyczam mu swoją okoniówkę, a sam zabieram muchówkę #4-5. Droga dłuży się niesamowicie, z niepokojem wypatrujemy kropel deszczu na szybie samochodu, na szczęście niczego nie zauważamy.
Po dotarciu na okoniową miejscówkę udzielam tacie ostatnich wskazówek i raczej bez przekonania rozglądam się dookoła.
„Co tu począć? Jakby tu... a co to?”

2W lekko zmętnionej wodzie, za kępą wywłócznika, doskonale widzę sylwetki jazi.
Nie są to okazy, ale do najmniejszych też nie należą. Tylko czy moja technika rzutu pozwoli ich dosięgnąć? Zakładam swoją wariację brązki i wykonuję pierwsze wymachy.
„Kurde, idzie mi to!” Gdy mucha zaczyna zawracać nad jaziowymi głowami, postanawiam położyć sznur. Ryby wyśmienicie reagują na plusk wpadającej przynęty, natomiast obciążona mosiężną główką nimfa nie trafia w ich gusta.

„No to suchar, proste!”.

Wcale nie takie proste, ryby ignorują niewielką F-Fly.
„Tu trzeba czegoś szkaradnego!”
mówię wybierając jeszcze bardziej ubogą wariację brązki. Frank Sawyer w grobie się przewraca. Sznur słucha się jak tresowany, lekka nimfka wpada do wody, jedna z ryb atakuje.
Nie za bardzo to do mnie dociera, ale odruchowo zacinam sznurem i
„O żesz Ty w mordę! Siedzi! Jest! Jest, kurde, ryba!

JEEEEST!

Tato! Chodź i zobacz!”. Jest to uczucie, którego nie będę opisywał, gdyż chcę je zapamiętać,
a nie zachować jako słowny opis. Jaź rekordem nie jest, mierzy około 35cm, ale cieszy jak medalowy.

To jest sens i cel mojego życia!
Utwierdziłem się w przekonaniu, że metoda muchowa, mimo stricte rzecznego rodowodu, nie jest ścile przypisana do wód płynących, a tym bardziej, nie jest zarezerwowana dla ryb szlachetnych.

3

6To przekonanie, rzutuje na moją dalszą wędkarską przyszłość. Wiedziałem, że będę narażony na kpiny miejscowych wędkarzy, którzy uznają tylko metodę gruntową, ale... co mi tam. To moje wędkowanie.

Końcówka maja objawia się typowo letnią pogodą, zaczynają doskwierać upały. Wielkimi krokami zbliża się wydarzenie, na które czekam z niecierpliwością – towarzyskie zawody o Puchar Przyjaciół Białej Przemszy. Bardzo chcę poznać ludzi, o których działalności słyszałem tyle dobrego. Nadchodzi ten dzień. Do odtwarzacza wpada płyta Pink Floyd, jakże by inaczej. Jest jeszcze ciemno,
ale jasna łuna przypomina o zbliżającym się wschodzie słońca.
4
Z Siemianowic zabieram kolegę, sympatycznego wędkarza muchowo-spinningowego, jednego z sympatyków SPBP. Ostatni papieros i gnamy do Sławkowa. Po drodze, Grzegorz pokazuje mi kanał prowadzący do inkubatora.
Tutaj trą się pstruchy! Rozwiązanie proste i skuteczne. Chapeu bas!
Na miejscu zbiórki jest kameralnie, ale nie pusto. Ludzie, których znałem tylko z forum, przyjmują mnie jak jednego ze swoich. Męczarnie z rozłożeniem namiotu co jakiś czas przerywają kolejni zakręceni. Jest nas prawie 50!
Chociaż pogoda nie jest pstrągowa to nastroje dopisują, przecież to zawody towarzyskie. Oficjalne otwarcie imprezy zaczyna się od krótkiego przedstawienia działalności Stowarzyszenia. Jestem pełen uznania i szacunku dla tych ludzi, do ich podejścia i uporu, nasz Związek powinien brać z nich przykład.

Dobieramy się w pary, pobieramy karty startowe i próbujemy ustalić taktykę – z Grześkiem wybieramy się w dół rzeki, aż na koniec odcinka no-kill, żeby nieco bardziej kameralnie cieszyć się rzeką.
Biała Przemsza przywitała nas równie entuzjastycznie, jak i organizatorzy zawodów. Tu jest bajecznie! Szkoda, że zawody trwają do południa bo obaj chcemy zostać dłużej.
Dość intensywnie obławiamy każde ciekawe stanowiska. Moją uwagę przykuwa jama, zlokalizowana przy moim brzegu, tuż powyżej zwalonego drzewa. Z trudem wciskam się między gąszcz i kładę niewielkiego woblerka pod drugim brzegiem, by powolutku, wahlarzem sprowadzić go w wytypowane miejsce.
Imitacja pstrążka zbliża się do brzegu i w jednej chwili... znika w pyszczku prawdziwego pstrąga. Szlachcic walczy dzielnie, próbuje zaparkować w korzeniach podmytego drzewa, gdy udaremniam jego starania i próbuje uspokoić hol, on nie czeka, tylko prezentuje mi świecę tak widowiskową, że zamieram w bezruchu.
Ryba serwuje mi cały przekrój swoich możliwości. W końcu się poddaje, a Grzegorz wprawnym
ruchem pakuje ją do podbieraka.
Piękny, ubarwiony na koralowo, pan Salmo Trutta m. Fario, dziki i dumny. Bezzadziorowe kotwiczki pozwalają na szybkie odhaczenie zdobyczy, po którym następuje równe szybkie mierzenie i fotka.
Pan Salmo mierzy 34cm, niewielki, ale.. mój.
Na pewno bardziej mojszy od innych. Nieco zmęczony i równie zszokowany trafia do wody, w której odpoczywa dłuższą chwilę, po czym ucieka w sobie tylko znanym kierunku.

„Ufff, honor uratowany”.
5

Upał daje się we znaki, trudny teren też nie jest naszym sprzymierzeńcem. Załadowana do granic
możliwości kamizelka nie pomaga w przedzieraniu się przez gęstwinę, a butelka z wodą jest coraz
lżejsza.
Zaliczamy jeszcze kilka kontaktów z niewymiarowymi rybami i postanawiamy wracać na miejsce zbiórki. Wędkarski zestaw regeneracyjny - talerz pożywnej grochówki, kiełbaska z grilla i zimne piwko – pozwala nam odzyskać siły.
Okazuje się, że pan koralowy pozwolił mi na zajęcie III miejsca w kategorii spinning.
Po rozdaniu nagród i pamiątkowych fotkach rozpoczyna się mniej oficjalna część imprezy.
Szkoda, że nie mogę zostać dłużej. Szkoda, że nie mogę tu zamieszkać.
„Ja tu jeszcze wrócę”.
I to jest czynnik, który dopisał najbardziej – ludzie. Sezon 2012 dał mi możliwość poznania
wielu wspaniałych ludzi, z którymi wiem, że spotkam się jeszcze nie raz.
Wędkarze z nowoczesnym podejściem, z których można brać przykład i dzięki którym wraca wiara
w człowieka. Niestety, wielu ludzi spotkać nie zdołałem, ale... od czego jest nadchodzący rok?

Za oknem jest już bielutko. Drzewa pokryte są miękkim puchem, a drogowcy znowu
bezradnie zakładają ręce. W marketach zaczynają się promocje, a pasaże patrolują dziewczyny
w strojach aniołków. Brakuje tylko wrzeszczącego dzieciaka, którego rodzice zostawili samego
w domu... To oznaki nadchodzących świąt. Chociaż zapewne wielu z Was nie odpuszcza i próbuje
sił na lodzie, dla mnie jest to zakończenie sezonu. Czas na przygotowania do następnego!

Znowu zasiądę do imadełka, aby stworzyć choćby jedną, tą idealną muchę, na którą złowię rybę życia.
Zaostrzę kotwiczki woblerów, aby nie stracić metrowego szczupaka. Nasmaruję kołowrotki, a złącza
w wędkach pokryję płynnym grafitem. I bogatszy o nowe doświadczenia, z niecierpliwością będę
wyczekiwał kolejnej wyprawy na ryby.
Bo tak to już na świecie jest, że „coś się kończy, coś się zaczyna”

Szanowni Koledzy i Koleżanki, chciałbym Wam życzyć, aby nadchodzący Rok 2013, okazał się
tym wyjątkowym. Wielu radosnych chwil oraz niepowtarzalnych doznań, nie tylko z wędką w dłoni.
Samozaparcia i konsekwencji w dążenia do celu. Także zdrowia, bez którego ani rusz!

Nie masz uprawnień do komentowania. Zaloguj się