Mitchell RTE

To był piękny choć pochmurny grudniowy dzień, a dokładnie sylwester. Po ciężkich negocjacjach z małżonką doszliśmy do wniosku że nic nie stoi na przeszkodzie bym przed sylwestrową zabawą, zrelaksował się na swój sposób – odbył krótką wędkarską przygodę.

 

Łowisko – mała rzeka Sona w Nowym Mieście, oddalona od mojego domu około 20 km, na miejscu byłem już po 15min. Szybki montaż lekkiego spinningu – żyłka 14, na malutkiej 3gramowej główce czerwony paproszek i zaczynam rzucać. Pierwszy, drugi, trzeci i kilkadziesiąt kolejnych rzutów - pusto.

Może Pogoda nie pasuje? Może ryby też mają dzisiaj Sylwestra i nie są zainteresowane moimi coraz to bardziej kolorowymi paprochami, które zmieniam po kilkunastu rzutach.

No nic, nastał moment w którym jak zawsze staram się przekonać sam siebie że i tak lepiej spędzić czas nad wodą niż przed telewizorem, i nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, spacer w zimny pochmurny i mokry na dodatek dzień na pewno przyniesie mi więcej korzyści niż wylegiwanie się na kanapie przed kominkiem.

Od kilkunastu minut jak mantrę powtarzam – dobra ostatni rzut i spadam do domu, zimno jakoś. Ostatni raz zmieniam przynętę. Zakładam białego paprocha, wykonuję któryś z kolei „ostatni rzut” i…. no nie zaczep. Jestem załamany….. ale chwila moment, zaczep zaczyna uciekać, kołowrotek pięknie gra
i wydaje mi się że na końcu zestawu mam sporego szczupaka. Ryba cały czas porusza się przy dnie, staram się jak najdelikatniej podciągać ją w swoją stronę i modlę się w myślach żeby szczupak nie przegryzł mojej nowo zakupionej „super szczupakowej” zyłki czternastki
.
Po kilku minutach ryba jest już pod powierzchnią, woda jest mętna nie widzę dokładnie ale wywijając się pod taflą wody błyszczy swoim cielskiem, matko boska – jaki gruby, nogi i ręce zaczynają drżeć, holuję rybę do brzegu i w pewnym momencie dębieję – przecież to leszcz! Zahaczony sportowo za wargę, pierwszy raz w życiu łapię leszcza na spining. Nie mam podbieraka, stoję na brzegu i patrzę na rybę która zrobiła mi taką niespodziankę, niesamowite, zahaczona jest dosłownie za skórkę. Schylam się, łapię leszcza za grzbiet, ten się wywija i spina z haczyka, ja w całym zamieszaniu wpadam jedną nogą do lodowatej wody...

Wychodzę na brzeg. Podekscytowany widokiem taaaaaaaakiej ryby na swoim wędzisku, zły jak pies, przemoczony i zmarznięty poprawiam odruchowo małego twistera na haczyku. Stoję na brzegu, czuję się jak ostatni kretyn, nikt mi nie uwierzy że walczyłem z taką rybą, nie mam żadnego dowodu. Cóż, bywa.

Postanawiam wykonać jeszcze kilka ostatni rzutów, nie wierzę w sukces ale co tam. Robię zamach
i odruchowo kątem oka spostrzegam że w zalanych kępach trawy tuż pod moimi nogami chlapie się ryba którą przed chwilą holowałem. Rzucam wędkę schylam się i wyciągam swoje trofeum. Niesamowite, leszcz spiął się ale nie był w stanie wypłynąć z zalanych przez rzekę dużych kęp trawy.

Szczęśliwy wyjmuję telefon, robię sobie sam zdjęcie, potem jeszcze jedno dla pewności że uwieczniłem tę wyjątkową chwilę.

Leszcz miał 52 cm i ważył 2,15 kg, może to nie potwór, ale biorąc pod uwagę fakt że został złowiony na spinning uważam go za swoisty rekord. Bohater mojej przygody po krótkiej sesji trafił z powrotem do wody.

Ja zwinąłem sprzęt i przemarznięty wsiadłem do samochodu.

W sylwestrową noc opowiadałem wszystkim tylko o swoim „super leszczu”

jacluk2

Nie masz uprawnień do komentowania. Zaloguj się