Mitchell RTE

Ależ ta wiosna szybko zleciała. Zgodnie z planem, cały maj, został przeznaczony dla jednego gatunku.

A mianowicie, dla bolenia. Ba, podniesiona woda i coraz lepsze wyniki, sprawiły, iż pierwsza połowa czerwca, także upłynęła na skradaniu się za boleniem. No, może nie jedynie, ale między innymi.

 

Boleń
Tegoroczny maj, był najbardziej zróżnicowany pod względem nie tylko pogody, ale także i poziomu wody
w rzece. Oczywiście mam na myśli te miesiące na przestrzeni lat 12'-14', gdyż była to dopiero trzecia wiosna, od kiedy maj poświęcam „rapiszonom".

Dwa lata temu, przez cały miesiąc, była niżówka. Rok temu duża woda, która uniemożliwiła w ostatniej części maja, ganiać za bolkiem. Natomiast w tym roku, było chyba wszystko. Była niżówka, była woda średnia, duża i powodziowa (uniemożliwiająca przez jakiś czas łowienie).

Jeśli chodzi o samą pogodę, to zabrakło chyba jedynie śniegu (tzn., był, ale nie w moich okolicach). Była piękna pogoda, kiedy było po prostu ciepło, ale nie zabrakło potężnych upałów (do 35 st.), a także i... przymrozków. Były deszcze, grad, burze i oczywiście słońce.

Zarówno deszczowe dni, jak i powodziowa woda, sprawiły, iż czasami odpuszczałem i zostawałem w domu lub jechałem na inne wody (np., na węgorze, czy pstrągi). Jednak, kiedy tylko była taka możliwość, wsiadałem do auta z jednym kijem oraz dwoma pudełkami przynęt i jechałem na Odrę.

Ale od początku.

Tegorocznej majówki, nie mogłem się doczekać, jak nigdy. Plan był bardzo ambitny: trzydniowy wypad na bolenie. Cały dzień chodzenia, a w nocy spanie w aucie. I tak przez całą majówkę. Jak się okazało, pogoda popsuła nieco plany, ale pierwszego maja, udało się pojawić nad wodą.
Nad brzegiem Odry, pojawiłem się jeszcze przed wschodem słońca. Jak cały kwiecień bolenie waliły
w ukleję, tak na otwarcie sezonu, była cisza. Pierwszy majowy kontakt, to spięty jaź z przelewu,
który „pstryknął" w boleniowego wobka. Niewiele później, bo jeszcze przed godz. 7 rano, mogłem się cieszyć z otwarcia sezonu boleniowego. Ale tylko z otwarcia, gdyż bolek, którego udało mi się namierzyć, miał niewiele ponad 50 cm. Do wieczora, na wodzie była cisza i nie udało mi się złowić drugiej sztuki.
Co prawda, zostałem ochlapany przez fajnego osobnika, który w pogoni za przynętą o mały włos nie znalazł się poza wodą, ale ryba nie wyjęta, się nie liczy. Drugi atak bolenia zauważyłem, gdy już się ściemniało. Udało mi się z nim zaliczyć kontakt, ale nic poza tym. Tak więc, otwarcie sezonu z małym, bo małym, ale boleniem - głównym majowym celem.

                                              BoleńBoleń

Na drugi wypad, przyszło mi czekać aż do 7.05. Była to jedyna wyprawa, kiedy nie miałem kontaktu
z bolasem. Dwa kolejne, to też nic ciekawego, gdyż na jednym zaliczyłem spinkę naprawdę grubej sztuki, a na drugim, trafiłem jedynie czterdziestaka.

Zatem początek był bardzo słaby, a w połowie maja, z powodu zbyt dużej wody, musiałem opuścić Odrę na kilka dni. Ale gdy tylko woda zaczęła opadać i była ponownie dostępna..., wówczas się zaczęło.
Od tej pory, nie było wypadu, abym nie złowił chociaż jednej sztuki. W miarę powoli opadająca woda, która przelewała się przez kamieniste ostrogi i była w bezpośrednim kontakcie z przybrzeżnymi trawami, dawała ryby za każdym razem.

Łowienie na takiej wodzie zacząłem dokładnie 23.06. Co prawda, przez kilka godzin trafiłem tylko jedną sztukę, ale był to początek fajnych wypadów (jak dla mnie). Przez najbliższe dwa tygodnie, zanim woda opadła na tyle, że odsłoniła kamienie, ganiałem za rapami regularnie co kilka dni.
Drugi wypad, to były dwa bolenie. Fakt, nie były to olbrzymy (do 60 cm), ale cieszyły.

 

Boleń
Pierwsze podejście na większej wodzie dało jedną sztukę, drugie dwa, więc trzecie, dało... trzy.
Ryby stały głównie na samych przelewach i w ich bezpośrednich okolicach. Ten najbardziej udany wypad, to kilkugodzinny wyskok nad wodę, gdzie najwięcej czasu traciłem na przedzieranie się przez wyższe ode mnie pokrzywy. Rzutów było bardzo niewiele, ale udało mi się zdjąć 3 sztuki. Pierwszy był co prawda bardzo mały, gdyż miał niewiele ponad 50 cm, ale dwa kolejne, z pewnością zasługiwały na miano fajnych średniaków. Były to grube, no, powiedzmy, że prawie siedemdziesiątki, które zauroczyły mnie przede wszystkim kapitalnymi trzepnięciami w przynętę z samych przelewów – po prostu bajka.
Dzień mógł być jeszcze bardziej udany, gdyż mogłem mieć trzy ryby, na trzech kolejnych ostrogach, ale czwarty tego dnia boleń, wyszedł tylko do przynęty i w ostatniej chwili, robiąc na przelewie rozbryzg wody, zrezygnował.

Boleń Boleń

Ostatniego dnia maja, trafiłem na bardzo, ale to bardzo kapryśne rapy. Żerowały, ale robiły to bardzo cicho i niemrawo. Z rana zaliczyłem wyjście sześćdziesiątaka i przez cały dzień, nie byłem w stanie skusić żadnej sztuki do brania. Dopiero pod wieczór, zaliczyłem jedną spinkę, a już na sam koniec, gdy robiło się ciemno, po wielu zmianach przynęt, wyjechał niespełna 60 cm maluch.

W pierwszych dniach czerwca, gdy woda już powoli zaczęła odsłaniać kamienie, zaliczyłem jeszcze dwie próby, które zakończyły się wyjęciem kolejnych dwóch sztuk (do 61 cm) i spiętego jednego fajnego bolka.

Ostatni raz, na wiosennego bolenia, skusiłem się w połowie czerwca, kiedy woda powróciła do stanu
o nazwie niżówka. Pokazały się raptem trzy sztuki. Udało mi się zdjąć tylko jednego.

Mimo, iż szału nie było, to była to moja najbardziej udana wiosna, od kiedy poświęcam ten okres w dużej mierze, właśnie boleniowi. Zaliczyłem około 10 wypadów, łowiąc kilkanaście sztuk, gatunku, który nieustannie ugania się za uklejami. Tym razem, nie udało się przekroczyć 70 cm. Dominowały małe bolki, większość z nich nie miała nawet 60 cm. Ale nie brakło też tych trochę większych. Cztery sztuki, miały od 60 do 67 cm.

Boleń

W końcu coś drgnęło i więcej boleni zaczęło atakować moje przynęty. Mam nadzieję, że w kolejnych latach, utrzyma się to i osiągane wyniki, będą coraz lepsze. Pierwsze dwie wiosny, były na prawdę trudne. W tym roku, spiąłem się bardziej i się udało. Nie chciałbym, aby to zabrzmiało nieskromnie, ale wierzę, że chociaż kilka sztuk, nie było zupełnie przypadkowych. Pewne spostrzeżenia po tej „boleniowej wiośnie"
są, ale na razie zostawię je dla siebie.

Na razie boleni mi wystarczy, ale... jeśli woda znowu urośnie, to chętnie wybiorę się na letnie torpedy
z przelewów.

Lato chciałem w dużej mierze poświęcić spinningowi, ale... feedery znowu wygrały. Spinningi, na częstsze wypady, poczekają chyba do jesieni. Tak więc, wygląda na to, że kolejne podsumowanie, będzie związane głównie z łowieniem stacjonarnym. Oczywiście na Odrze.


Komentarze   

marek j
# marek j 2014-07-05 11:10
Mariusz po prostu jakby niczym innym się nie zajmował tylko łowieniem ryb, szczęściarz.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
Ania
# Ania 2014-07-06 16:41
Mariusz dajesz czadu tak trzymaj! :-)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież