Berkley 2

czyli śnieżyca nadchodzi od dzioba.
Siedzę sobie wygodnie, za oknami pędzi piękny polski krajobraz.

Złoto i czerwień – w takiej szacie jest początek października. Jedziemy do Władysławowa na dorsze. Marek nalewa pyszną nalewkę własnej roboty, gadamy i śmiejemy się do rozpuku. Humory wspaniałe – mimo że nadchodzą wybory do Sejmu...

gilbert0Wybraliśmy trasę na Bydgoszcz, w Sierpcu skręt na Rypin, później Grudziądz i wjazd na autostradę A1 w stronę Gdyni. Bardzo dobry wariant – jak się okazało. Minęliśmy Trójmiasto i korki z tym związane.
Jako operator pokładowy CB radio wiem gdzie się zagnieździły miśki z szuszarką...Podróż minęła szybko i miło. Hotel pusty – poza nami, wędkarzami. Układamy plan na jutro, wszyscy są poza mną pierwszy raz. Uspokajam grupę jak przystało na rasowego przewodnika (drugi raz na dorszach) – opad sandaczowy, pamiętajcie ! Dwa krótkie ostre poderwania zestawu i gwałtownie opuszczamy szczytówkę w dół.

 

Piąta rano - poderwanie zestawu okazało się całą bitwą. Zestaw się cały zakopał w kołdry, niektórzy zakończyli wieczór w zupełnie innych pokojach. Dobrze że się wszyscy znaleźli....

Ponieważ jako jedyny nie wstąpiłem w stan większej nieważkości – siadam za kierownicą. Oddech mam jak alpejskie powietrze. Jedziemy do portu. Widok jaki mam przed oczami zupełnie niepodobny do ostatnich wrażeń z Jastarni. Tłumy wędkarzy, jakiś szlaban. Ochrona. Nasi znajomi o nas zapomnieli, auto ich straciliśmy z oczu w jednej chwili. Mam wrażenie że jestem na dworcu PKS w czasach głębokiej komuny. Szaro i prawie ciemno...dziki tłum pędzi na oślep, jak do roboty, dobrze że po sobie nie depczą...jakby się bali że Bałtyk ktoś ukradnie.

Ruszamy po opłaceniu wjazdu. Widzę nagle że przed nami pędzi na czołówkę jakiś gość na motorowerku....z fasonem Rambo hamuje tuż przed naszą maską ! Nie wiemy czy się śmiać czy płakać...uchylam szybę, pan mówi że jest z ochrony i żebyśmy dali wsteczny z portu. Protestujemy że wjazd opłaciliśmy, ale odpuszczamy. Bierzemy graty na grzbiet i idziemy z parkingu do kutra. Spory kawał. Tam już nasi się rozłożyli. Najlepsze miejsce to rufa i dziób – chyba stąd ten pośpiech. Gramolę się na pokład i pieję jak kogut ! Dziób pusty – i tam się lokujemy.

Ruszamy z portu całą niezwyciężoną armadą. Armia awanturników na kutrach – takie mam skojarzenie. Przypominają mi się jakieś ryciny sprzed wieków, piraci żądni krwi i łupów... Wędki, które widzę przypominają jakieś rapiery lub halabardy.

Koledzy którzy załatwiali rejs twierdzili że cały sprzęt jest na kutrze, nie muszę nic zabierać. Całe szczęście że ich nie posłuchałem....pierwszy zgrzyt już na początku. Niemiły, robiący łaskę szyper powiedział że nie ma żadnych zestawów. Dopiero jak mu powiedziałem że jestem dziennikarzem i będę pisał relację – wszystko się znalazło. Zarówno dla mnie jak dla innych. Z ciekawości poprosiłem o wędkę z kołowrotkiem. Okazało się że kołowrotek jest zatarty jak stary silnik, smuga rdzy na obudowie mówi wszystko – dobrze że miałem swój.

gilbert6

Przypływamy na pierwszy najazd. Szyper nie daje sygnału klaksonem, nie mówi też jaką mamy głębokość. Przez cały rejs nie wiemy w ogóle na jakich głębokościach łowimy. Ludzie są zdezorientowani, jedni rzucają zestawy, drudzy czekają na sygnał.
My z dziobu już spadamy zestawami na dno. Łowię tradycyjnie na szybki opad. Już po chwili mamy z kolegą kilka dorszy. Nie są to wielkoludy. Okazuje się że na kutrze nie ma odpowiedniego podbieraka, jest za krótki.
Hak – to samo, raczej nadaje się do zrywania jabłek. Gdyby na takim powiesiliby Janosika – przeżyłby na pewno. Z dziobu nie ma jak podebrać dorsza, ani go opuścić do wody /miałby większą szansę na przetrwanie/. Jego lot z kilku metrów i pacnięcie o powierzchnię wody bynajmniej nie ułatwiają mu powrotu do życia. Niestety – dryfujące na powierzchni morza uwolnione ryby są natychmiast atakowane przez wygłodniałe ptaszyska, i szybko zjadane.
Kiedy spojrzałem na olbrzymie sieci nawinięte na kołowrót – zobaczyłem nasze limity (obowiązują tylko polskich wędkarzy) i uwalnianie dorszy jako śmieszny propagandowy epizod, którego rola w ratowaniu pogłowia tych ryb jest żadna. W takich sieciach duszą się setki małych dorszy, nikt się tym nie przejmuje. Ilość dozwolonych przywieszek to jakaś groteska.
A nasza etyczna postawa i uwalnianie małych ryb....Trochę tak, jakby w czasie katastrofy Titanica ktoś zabierał sztućce, żeby je ratować od zagłady....a w sejfach zostały sztaby złota.

gilbert1

Pogoda na początku dnia była łagodna, trochę posępna. Chmury i mgła. Dorsze atakowały przywieszkę - nie pilker, później na odwrót. W miarę upływu czasu słońce przebijało się przez chmury, wzmógł się wiatr. Fale zaczęły mocno kołysać naszym statkiem, dla mnie to była wielka frajda.
Trzymałem się relingu na dziobie, patrzyłem w morską otchłań i krzyczałem z radości, kiedy rozbita fala spadała na mnie z furią. Niestety byłem sam z tą radością...koledzy przenieśli się na pokład główny (o ile można tak nazwać to miejsce).
Tam zajęli urokliwą kanciapę, gdzie błąkał się zapach smaru i starych skarpet. Wrócili – śródokręcie okazało się gorsze niż dziób...W czasie odhaczania dorsza na kolejnym najeździe zobaczyłem nagle fruwające w powietrzu płatki śniegu.
Jeden był nawet dość spory i pacnął na nogawkę kolegi. Śnieg przy ośmiu stopniach ciepła ! Zniszczenie klimatu i anomalie przeszły już wszelkie granice....

gilbert3

Kolejny najazd i znowu brania...już mi łapska odmawiają współpracy. Proszę kolegę o pomoc, przedramiona mam jak z gumy. Zaczynam się zastanawiać czy jestem sportowcem czy jakimś kilerem...Dorsze zaczęły odróżniać przynęty, zdarzają puste pobicia, zupełnie jak przy połowach sandaczy – na ogonku są ślady po zębach. Coś niepokojącego – niektóre dorsze są bardzo chude, wygląda na to że nie mają dość pożywienia, głównie szprota - tyle ile potrzebują. Tylko mała ich część jest dobrze odkarmiona, okrągła. Widać to wyraźnie.
Powoli mam dość, inni w ogóle zajęli się biesiadą. Schodzimy z dziobu na żurek – dobry ale cienki i mało. Przypuszczam że miała do niego trafić biała kiełbasa, ale spotkał ją ten sam los co parówkę hrabiego Barykenta w kultowym filmie „Miś”.
Jako dziennikarz dostałem drugą miseczkę żuru. Jednak media to potęga. Przypomniała mi się też scena z innego filmu, gdzie żołnierze ugotowali kucharza w zemście za nędzne gotowanie....Mieliśmy nadzieję na jakąś smażoną rybę ale to nie na tej jednostce. Zamiast tego słyszę że znowu gdzieś obok szaleje śnieżyca...

gilbert5
Okazalo się w międzyczasie że kuter ma stałego mieszkańca. Był to malutki brązowawy ptaszek, na pewno nie wróbel. Urządzał sobie wycieczki wokół kutra, po czym wracał do bazy na poddaszu kanciapy.

gilbert2

Powiem szczerze – sam wyjazd wspaniały. Zawdzięczam to mojej ekipie, chyba jakbyśmy nawet nic nie złowili byłoby tylko więcej śmiechu. Kuter i jego obsługa – byłem na nim ostatni raz. Słyszałem złe opinie od innych o Władku, niestety potwierdziły się. Nie mogę opisać innych jednostek, póki ich nie zobaczę w rejsie, to oczywiste. Widziałem w porcie bardzo ładne i zadbane pływadła. Kuter typowo wędkarski musi mieć pokład dostępny dla łowiących dookoła całego kadłuba. Tylko wówczas wędkarze mają dobre warunki do rozmieszczania się, dużo trudniej wówczas o splątania zestawów.

gilbert4

Nigdy nie popłynę na kutrze, który równocześnie pływa na rybołówstwo sieciowe. W czasie rejsu doszło do wielu splątań zestawów, raz pięciu myślało że walczy z trocią na sześćdziesięciu metrach...Szyper arogancki i chamski.Wędkarz który zwrócił mu spokojnie uwagę na złe jego zdaniem ustawienie do dryfu – otrzymał w odpowiedzi soczystą wiązankę kwiatów polskich. Zwróciliśmy uwagę temu szypru, że raczej to my zapłaciliśmy za rejs i jako dobrzy klienci chcielibyśmy się jakoś czuć na pokładzie. Pokładzie brudnym, mało tego – niebezpiecznym. Kolega schwycił się liny odciągowej – poranił dłoń do krwi o stalowe końcówki linek. Można by to miejsce czymś owinąć, ale komu by się chciało. Wspominam rejs na Passacie VII z nostalgią...dobre jedzenie, czysto, fajna atmosfera. Czy to tak dużo trzeba ?

gilbert7

Dobijamy do portu. Jesteśmy ledwo żywi i tak głodni że gotowi kąsać surowe dorsze...na szczęście tuż obok portu mamy spory bar, w nim otwiera się nam niepodziewana uczta. Miła obsługa, dziewczyny się uwijają jak w ukropie, roznosząc wkoło aromaty potraw. Napierw śledzie smażone w occie z cebulką, żurek w chlebie. Później stek kaszubski, a właściwie zwykły rumsztyk, ale bardzo smaczny. Porcje są duże, z talarkami ziemniaków i różnymi surówkami . Flądra smażona i taki też dorsz. Jest mały i Jacek zauważa, że smaczny jest dopiero duży dorsz. Nie mówiąc o ekologii. Potwierdzamy to gwarem i półgębkiem...

Wychodzimy. Jest prawie ciemno. Władysławowo tonie w jesiennej poświacie. Nad głowami żegna nas ptasi wrzask. Ledwo żywi ale szczęśliwi pakujemy odwłoki do Chryslera. Ruszamy. Na prośbę kierowcy odpalam CB – nasze oczy i uszy.

„Mobilki mobilki jak tam ścieżka do Rumii ?”

„Czysto miałeś”

„Szerokości kolego”

Patrzę na drogę, słyszę cichnącą rozmowę....i usypiam w hipnozie świateł aut jadących z przeciwka.


Nie masz uprawnień do komentowania. Zaloguj się