Mitchell RTE


Wędkarzy, którzy ulubili sobie Jezioro Goczałkowickie jako główny punkt wypadów, czeka w tym sezonie sporo zmian. Wszystkie świadczą o jednym - w zbiorniku, który rozciąga się na 2700 hektarach, jest coraz mniej ryb. Także tych drapieżnych, dzięki którym można regulować czystość wody.

Do tej pory majówkę można było spędzić ze spinningiem w ręce w poszukiwaniu wygłodniałego po tarle szczupaka. Teraz przedłużono zakaz połowu i miłośnicy tego cętkowanego drapieżnika będą musieli poczekać o miesiąc dłużej. Sezon na szczupaka, rozpocznie się dopiero 1 czerwca, czyli tak jak sezon na sandacza. - Zmiana jest spowodowana tym, że w maju kiedy wędkarze łowili szczupaki na żywca, przy okazji łowili też sandacze, które pilnowały swoich gniazd - komentuje Łukasz Pszczeliński z Oddziału Gospodarki Rybackiej z Górnośląskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów SA w Katowicach i kierownik Gospodarstwa Rybackiego w Łące.

Większa ochrona

Podniesiono też wymiary ochronne dla sandacza i szczupaka, które wynoszą teraz 55 centymetrów, a także wprowadzono 18-centymetrowy wymiar ochronny okonia. Wędkarz ma prawo zabrać w jednym dniu dwie złowione ryby drapieżne (sandacz, szczupak, węgorz). Limit wynosi 100 sztuk na sezon. Jeśli idzie o okonia, to można zabrać 5 kilogramów dziennie.

W ścisłym trzymaniu się limitów ma pomóc obowiązujący od tego roku rejestr połowów. Jeżeli jakaś ryba trafia do siatki musi być automatycznie wpisana do „książeczki" wydawanej wraz z zezwoleniami rocznymi. - Widać, że z roku na rok sandaczy, jak i wszystkich drapieżników jest coraz mniej. Niestety kormorany robią ogromne spustoszenie i drapieżniki nie mają co jeść. Poza tym wahania wody też są duże i naturalne tarliska zanikają. Wspomaganie tarła samymi zarybieniami - wiadomo dużo daje - ale oczywiście lepsze jest tarło naturalne - komentuje Łukasz Pszczeliński. - Wielu wędkarzy chwali sobie zmiany, bo zauważyli, że zbiornik nie jest tylko po to, by pozyskiwać mięso, ale trzeba też chronić białą rybę, czyli tzw. ryby spokojnego żeru, żeby drapieżnik miał co jeść.

Mięsiarze i kłusownicy

Ciężko jednak chronić białą rybę, skoro na brzegach nadal zasiada spora liczba tzw. „mięsiarzy", czyli łowiących tylko dla mięsa. Teraz trochę to ukrócono, bo leszcza, krąpia, płoć, karasia srebrnego i jazia można odłowić do 10 kilogramów na dzień. - Krąpie, płotki i leszcze były łowione podczas tarła i populacja też spadła. Może dojść do sytuacji, że zostanie ona zaburzona. Na przykład płotki na Kanale Pawłowickim zabierane były całymi wiadrami, a potem wędkarze narzekają, że nie ma tych ryb. Jak mają być, skoro biedna płotka nawet nie zdążyła się „wytrzeć" - mówi Łukasz Pszczeliński.

Kolejną bolączką jest kłusownictwo, które na tak ogromnym terenie jest nie do upilnowania. - Jeżeli sieci zostają zauważone, to obserwujemy je, żeby na gorącym uczynku przyłapać kłusowników - mówi Łukasz Pszczeliński. Jakby tych problemów było mało, w zbiorniku pojawił się sumik karłowaty, który w Polsce traktowany jest jako szkodnik. - On też wyjada spore ilości ryb - dodaje. Byczki, bo tak też są nazywane, pożerają ikrę innych gatunków, a co gorsza, rozmnażają się w zastraszająco szybkim tempie.

Wiele ryb odławia też Gospodarstwo Rybackie w Łące. - Nie łowimy do 1 czerwca, aż sandacz się „wytrze". Teraz pływamy tylko po jeziorze za kłusownikami lub żeby posprzątać zbiornik, jeżeli gdzieś pływają śmieci - zastrzega Pszczeliński.

Jezioro Goczałkowickie zarybiane jest narybkiem pół miliona sandaczy, 260 tysiącami szczupaków, 342 kilogramami węgorza. - Zmiany w regulaminie mogą być czasowe, jeżeli populacja ryb się odrodzi - kwituje Łukasz Pszczeliński.
Kronika Beskidzka

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież